Delfinaria i nie tylko… czyli o okrutnym wykorzystywaniu zwierząt w turystyce

Turyści-barbarzyńcy. „Weźmy delfiny – głodzone na tresurze. Albo tygryski- rzygają mlekiem, którym są karmione do zdjęć”

- Zachowujemy się jak rozwydrzony gówniarz, który trafił do piaskownicy, widzi tam masę kolorowych łopatek i jedynym obowiązującym prawem jest „ja chcę” – tak Anna Olej-Kobus, podróżniczka i dziennikarka, ocenia to, jak dzisiaj wygląda turystyka. Turystyka, która doprowadza do męczarni i torturowania zwierząt.

”Jako turyści jesteśmy barbarzyńcami” – taką tezę w prowadzonej przez siebie audycji w TOK FM postawiła Hanna Zielińska. Zrobiła to w konkretnym kontekście – tego, jak w turystyce wykorzystywane są zwierzęta i jak są traktowane.

 TOK FM

 

Weźmy na przykład popularne delfinaria. – To skrzyżowanie cyrku i zoo – tłumaczyła w audycji Zielińskiej Anna Olej-Kobus, podróżniczka. – Słyszałam wypowiedź, że „delfiny się uśmiechają, więc są szczęśliwe”. Nie, proszę państwa, delfiny nie są szczęśliwe w delfinariach – one mają taki anatomiczny układ pyska, ale w żaden sposób nie odzwierciedla to ich emocji.

- Miejmy świadomość, że delfiny popełniają samobójstwa w delfinariach, że to są bardzo inteligentne, świadome zwierzęta, które po prostu nie wytrzymują tej tresury i tego trybu życia – podkreśliła rozmówczyni Zielińskiej.

„Łatwo łykamy opowieści, że zwierzęta urodziły się w niewoli”

- Kiedy przyjrzałam się bliżej delfinariom, uświadomiłam sobie, że media i podróżnicy kreują pewien obraz spotkania z dzikim zwierzęciem jako fantastycznej przygody – opowiadała Olej-Kobus. – Nikt, poza „nawiedzonymi ekologami” – bo tak się patrzy na osoby zajmujące się prawami zwierząt – nie zastanawia się, skąd te zwierzęta się tam biorą.

- Łatwo łykamy opowieści o tym, że one urodziły się w niewoli i nie znają innego życia. A jest to nieprawdą – delfinów nie rodzi się wystarczająco dużo, żeby zapełnić wszystkie delfinaria. W delfinariach delfin żyje przeciętnie 6 lat, na wolności – nawet 26. Są łowione w bardzo brutalny sposób. W przypadku delfinów czy np. słoni jedno zwierzę, które oglądamy, kosztuje życie pięciu innych, które trzeba było zabić, żeby je pozyskać.

Ale samo „pozyskanie” zwierzęcia to nie wszystko. – W delfinarium delfin musi zrobić ileś różnego rodzaju nienaturalnych dla niego ćwiczeń, bo inaczej będzie głodzony – po to, żeby się nauczył, że jak się wydaje mu polecenie, to ma być posłuszny. A my – turyści – w ogóle się nie zastanawiamy, że dla delfina wyskoczenie na brzeg basenu po raz 50. danego dnia to nie jest „fun”, radość. Tylko my tak interpretujemy jego „uśmiech”. Po tych 25 latach zachłyśnięcia się światem i turystyką nadszedł czas na rozmawianie o społecznej odpowiedzialności mediów – apelowała podróżniczka.

Przemysł męczenia zwierząt

A jak mocno przemysł turystyczny wpływa na to, że ten biznes się kręci? – Bardzo – ucięła krótko Agnieszka Kopińska z Biura Podróży Africa Line. – Jako biura podróży jesteśmy odpowiedzialni za to, co oferujemy naszym gościom. Powinniśmy wybierać miejsca, które są społecznie odpowiedzialne. Takie, które nie krzywdzą, i takie, które sprawiają, że przebywające tam zwierzęta mają odpowiednie warunki.

Kopińska podkreśliła, że można znaleźć miejsca, gdzie można oglądać zwierzęta, które nie zostały złapane specjalnie po to. – Są to miejsca, gdzie przebywają zwierzęta, które np. są chore i zostają w ten sposób uratowane.

- Musimy sobie uświadomić liczby – to, że turystyka stała się olbrzymim przemysłem – podkreśliła Olej-Kobus. – W ciągu 20 lat z prawie miliarda turystów dochodzimy do 1,5 mld. I każdy chce kupić pamiątkę, chce mieć kontakt z dziką przyrodą, nieskażoną naturą. To się strasznie nakręca.

 

 

Podróżniczka podała przykład: – Świątynia Tygrysów, która startowała w Tajlandii od dwóch tygrysów, aktualnie ma ich koło 100. To taki biznes prowadzony przez mnichów, miejsce, gdzie można sobie zrobić zdjęcie z tygrysem i karmić go. To supersłodka focia. Ale teraz się doczytałam, że tam małe tygryski zabiera się rodzicom, jak mają dwa tygodnie, i oferuje się usługę: karmienie tygrysa mleczkiem z butelki. I te tygrysy po prostu rzygają tym mlekiem, są totalnie przekarmione.

- Tygrysy są tam na łańcuchach. Jak tygrys nie chce podejść, to jest zaciągany na siłę – wtrąciła Kopińska.

Jedyne obowiązujące prawo: „ja chcę”

Tylko dlaczego to wszystko działa? – Zachowujemy się jak rozwydrzony gówniarz, który trafił do piaskownicy, widzi tam masę kolorowych łopatek i jedynym obowiązującym prawem jest „ja chcę”. Koniec kropka, nic więcej mnie nie interesuje – uważa Olej-Kobus. – Gdzieś zostały nam zaszczepione obrazki, które wydają nam się nieszkodliwe, np. podróżnik jeżdżący na słoniu – przecież to jest ikona egzotycznego wyjazdu! Ale dopiero kiedy zacznie się o tym mówić, pisać, to zrozumiemy, że to nie jest etyczne.

By znaleźć podobne przykłady nie musimy, zresztą, wyjeżdżać za granicę. Poniżej nagranie przedstawiające warszawiaków przed wybiegiem dla niedźwiedzi przy al. Solidarności w Warszawie. To swoista reklama warszawskiego zoo przy wejściu do Parku Praskiego, odwiedzanego przez rodziny z dziećmi. Film nakręcono w 2010 roku i – mimo dyskusji nt. likwidacji wybiegu – sytuacja się nie zmieniła: ZOO nadal utrzymuje wybieg dla niedźwiedzi przy tej ruchliwej ulicy, gdzie zwierzęta są „dokarmiane” przez odwiedzających Park Praski.

 

Źródło:  http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,16437826,Turysci_barbarzyncy___Wezmy_delfiny___glodzone_na.html